Smaki Gruzji

27.02.2018

Jesteśmy ekipą pasjonatów, dla których podróż to perfekcyjnie zaplanowana przygoda.  Dlatego zawsze testujemy nowe kierunki. Jeśli jakiś kraj lub region nas zafascynuje, staramy się zarazić innych naszą pasją. Czasami robimy to spontanicznie i jesteśmy zdziwione, jeśli zdarzy się, że klient nie podziela naszego entuzjazmu związanego z nowym odkryciem. Tak było z pomysłem wyjazdu do Iranu. Ale być może czas na opowieść o tym niezwykłym kraju nadejdzie później. Na razie więc zaproszenie do Gruzji.

Kiedy pojawiliśmy się tam jakiś czas temu od razu wiedzieliśmy, że to będzie nasz ukochany kierunek wyjazdowy. Niezwykłe krajobrazy, przestrzeń, Kaukaz, monastyry, skalne miasta, malownicze zaułki Tibilisi i oczywiście  kuchnia. Gruzja jest biednym krajem, ale też Gruzini do pracowitych nie należą. Na początku trudno nam było zrozumieć dlaczego nie są w stanie posprzątać, pomalować domu, dlaczego ich domostwa wyglądają jak pozlepiane i niepasujące do siebie elementy, pochodzące z różnych epok. Szybko okazało się, że oni po prostu mają inne priorytety. Najważniejsze są relacje, rodzina, przyjaciele, znajomi. Środkiem służącym podtrzymaniu tych relacji jest rozmowa, najchętniej przy suto zastawionym stole.

Jak ważne są relacje w życiu Gruzinów widzimy już na lotnisku. Kiedy lądujemy w nocy w Tibilisi widzimy nieprzebrane tłumy. Okazało się potem, że chaos lotniskowy kreowany jest przez tłumy Gruzinów żegnających lub witających swoich bliskich. Mieliśmy wrażenie, że jednego Gruzina odprowadza na samolot pół wsi. Dla porównania o tej samej porze na lotnisku w Erewaniu (Armenia) jest pusto. Kiedy zmęczone nocnym lotem dotarłyśmy w końcu do hotelu, czekał na nas uśmiechnięty i podekscytowany przybyciem gości właściciel z małym poczęstunkiem i … winem. Była godzina 5 rano. Oczywiście żadne wymówki typu „jesteśmy wykończone”, „nie spałyśmy całą noc” nic nie dały.

Przystąpiliśmy do wstępnego biesiadowania. Potem był krótki nocleg i pyszne śniadanie. Potem jeszcze nasz gospodarz obdarował nas winem ze swojej piwnicy i czaczą (piszemy chacha), czyli lokalnym bimbrem, który przywieźliśmy do biura i, którym częstowaliśmy odważniejszych klientów. Około południa mogliśmy rozpocząć realizowanie naszego programu, którego częścią składową było oczywiście degustowanie lokalnych potraw.

Posiłek bowiem wydaje się być najważniejszym elementem życia Gruzinów, częścią ich bogatej kultury. Tradycyjna gruzińska kolacja to supra. Trwa ona czasami kilka godzin. Przy stole rządzi wodzirej nazywany tamadą, który wznosi toasty  udziela głosu. Toasty to długie historie z morałem, które czasami trwają  kilkanaście minut. Nie można pić między toastami i przerywać tamadzie. Ważne jest, aby wrócić z uczty o własnych siłach. Ceni się więc tych, którzy umieją pić i zachowują samokontrolę. Oczywiście jedzenia i picia nigdy nie brakuje, stoły są zawsze suto zastawione. Podczas pierwszej kolacji w Gruzji chciałyśmy być uprzejme i zjadałyśmy wszystko, aby sprawić  przyjemność gospodarzom. Nie było to zbyt trudne, bo jedzonko było pyszne, a wino znakomite.

Na stole jednak jedzenia ciągle przybywało. Okazało się, że na półmiskach jedzenie powinno zostać. Tak okazujemy szacunek gospodarzom. Na naszych wyjazdach pokazujemy naszym klientom pełne spectrum gruzińskości. Biesiada jest więc elementem obowiązkowym, ponieważ dzięki niej poznajemy ludzi, zwyczaje, muzykę, no i oczywiście kuchnię pełną aromatycznych ziół, z dużą ilością warzyw i mięs, pysznym chlebem, tradycyjnym chaczapuri, chinakli. I winem produkowanym tu od 8000 lat. Poza tym oglądamy miasta, monastyry, jedziemy Gruzińską Drogą Wojenną pod Kazbek, a potem jeepami do klasztoru św. Trójcy…

Żeby zachwycić się Gruzją i ją pokochać.

Roma Przyłuska

 

http://www.gala-travel.pl